28 lipca 2017

Kącik Ogłoszeń dla Towarzyszy Czytelników #2


Drodzy towarzysze, chciałabym Was powiadomić, że jutro jeszcze przed świtem wyjeżdżam za granicę na około dwa tygodnie i w związku z tym będę miała zero dostępu do internetu, jako że to jest jedna z tych wycieczek, w których niemal codziennie zmienia się lokację. Przez to aż do połowy sierpnia nie będę dostępna ani w blogosferze, ani na forum, ani na Deviantarcie - przez czternaście dni wszelki ślad po mnie zaginie. (Choć może sporadycznie będę miała możliwość zajrzeć tu i ówdzie raz na parę dni, taką mam nadzieję). Więc jeśli ktoś z jakiegoś powodu bardzo będzie potrzebował się ze mną skontaktować albo będzie miał jakieś pytania, to raczej będzie to możliwe jedynie przez e-mail [evilray.98@gmail.com]; choć w tym wypadku odpowiedź może się pojawić dopiero po dłuższym czasie.
Pozdrawiam i do usłyszenia za dwa tygodnie!



Król Lew: Historia Nieznana - Zira i Ramsay
A tu wrzucam taki oto mały obrazek dla uwagi. Uwielbiam ich razem rysować c:

26 lipca 2017

Odcinek 4 Wyprawa na Lwią Ziemię: Rozdział III

Na szczycie Lwiej Skały


Nie jest łatwo być szamanem. Całymi dniami wsłuchiwać się w szepty duchów przodków, próbując zrozumieć ich skomplikowaną, niezrozumiałą lub po prostu niemożliwą do spełnienia wolę. Pilnować Kręgu Życia, patrzeć, jak kolejne pokolenia wznoszą się na szczyty, by zaraz potem uschnąć niczym kruche drzewo i ustąpić miejsca swoim następcom. Posiadać wiedzę obarczającą odpowiedzialnością, służyć jako niewyczerpane źródło rad i wszelkich mądrości wszystkim potrzebującym…
Mimo wszystko Rafiki kochał swoją rolę.
I nigdy nie zamieniłby jej na żadną inną.
Szybko przemknął pomiędzy trawiastymi zboczami, po czym akrobatycznie wskoczył na swój baobab, śmiejąc się i wymachując rękoma (oraz przyciągając przy okazji kilka ciekawskich spojrzeń). Nie zwlekając, porwał kilka owoców w zręczne palce, ubił je na miazgę kilkoma uderzeniami kamieni i posypał prochem, uzyskując w ten sposób gęstą konsystencję. Zaraz potem rozgarnął liście, odkrywając swój mały schowek wydrążony w grubym konarze, a następnie wydobył składniki niezbędne do uzyskania farb.
A teraz moja ulubiona część roboty! — pomyślał z rozradowaniem.
Rafiki wziął cztery miseczki (jedną z nich chwycił stopą) oraz pobiegł… a raczej doskoczył na jednej nodze do szerokiego konara ginącego gdzieś w niezmierzonych liściastych przestworzach, po czym zaczął malować księżniczkę Kiarę. Czuł w tej chwili takie natchnienie, że nawet trzęsienie ziemi nie byłoby w stanie przerwać jego pracy.
— Księżniczka wyruszy na swą pierwszą samotną wyprawę, wyprawę, wyprawę — nucił pod nosem, co zdarzało mu się ostatnio nader często. — Ha ha! Słyszałeś, Mufasa? Już najwyższy czas by dziewczyna odkryła swoje powołanie. Twój syn nie będzie w stanie dłużej trzymać jej pod kluczem: wiedziałem to, wiedziałem! Mówiłem, że medytacje w Błękitnej Lagunie to nie był stracony czas. Ha! A może przy okazji w Wielkiej Puszczy lub Górach Burzliwych spotka jakiegoś młodego kawalera, hmm? Co byś na to powiedział, stary druhu? Co prawda w Stadzie Białego Lotosu raczej nie ma nikogo godnego uwagi, ale z tego co posłyszałem, wśród Wolnych Stad kręcą się jacyś młodzi, przystojni panowie. Pff, Simba to by chyba ze skóry wyskoczył, jakby przyprowadziła takiego na Lwią Skałę! — zarechotał, kończąc rysować prosty tors i zabierając się za niebo. Wybrał ciemny granat, ponieważ pragnął uzyskać efekt nocy. W jego wizji Kiara chodziła wśród gwiezdnych ścieżek, w których przed nią błyszczało tysiące światełek symbolizujących jej świetlaną przyszłość.
— Ale się będzie działo — skwitował po dłuższym czasie, dosypując odrobinę piasku do ciemnozielonej farby, aby ją zagęścić. — Niepokoi mnie tylko jedno. Wiatr nie jest spokojny. Zauważyłeś, przyjacielu? Coś niedobrego się szykuje. Gdybym tylko miał w sobie tyle Mocy, ile Pradawni Szamani… Ale czuję to w kościach: jakąś złą nowinę. Nagły przypadek. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym tego uniknąć! Zbyt wiele się wydarzyło przez ostatnie lata. Wszyscy potrzebujemy dłuższego czasu wytchnienia, a tymczasem tak wiele spraw pozostajo niedokończonych... Potomkowie Skazy i Zira nie spoczną, dopóki siłą nie odzyskają tronu. W miarę, jak dorasta Kiara, dorasta także i Kovu.
W tym momencie wiatr zawiał odrobinę mocniej, strącając kilka kropel czarnej farby na brązową korę. Powstałe w ten sposób kleksy przypominały… cętki.
— Próbujesz mi coś powiedzieć, przyjacielu? — Rafiki ani na moment nie oderwał ręki od konaru, lecz jego twarz pozostawała jakby nieobecna — Czyżby to miało coś wspólnego z leopardami? Gepardami? A może to znaki Dzikich? — zamyślił się głęboko. — Chyba nie mówisz o wojnie, prawda? To by było najgorsze, co mogłoby się nam przytrafić. Nie widziałem jeszcze tych znaków... Cokolwiek one znaczą, niech Duchy Przodków mają nas w swojej opiece.
Bowiem czekają nas ciężkie chwile.

***

Kiara wpatrywała się w osobę stojącą tuż nad nią z bijącym sercem, ledwie mogąc złapać oddech z wrażenia. Co prawda już wcześniej słyszała historie, jakoby duchy przodków i bogowie ukazywali się w snach i na jawie, jednak absolutnie nie spodziewała się, że coś tak niewiarygodnego przytrafi się akurat jej. Nie dość, że kompletnie zabrakło jej słów, to co gorsza lwica z grzywą, znana jako górska Bogini Chaosu Kirra, patrzyła się na nią tak, jakby pomylili jej się śmiertelnicy.
No to nieźle przeskrobałam.
— Witaj, o pani — przywitała się Kiara, starając się, aby jej głos brzmiał dostojnie, lecz z szacunkiem.
— Siemasz! — zawołała bogini, coś dziwnie brzmiąca jak zwyczajna lwica.
Księżniczka podniosła się z ziemi.
— Wybacz moje skonfundowanie, pani, po prostu w życiu bym nie uwierzyła, że naprawdę istniejesz.
— Ojej, to są już o mnie legendy?
— Całe mnóstwo, o pani!
Bogini Chaosu Kirra z wielkim uśmiechem podrapała się po czarnej, rozczochranej grzywie.
— Możesz mówić mi Luka. A ty jesteś?...
— Księżniczka Kiara, Wielka Bogini Chaosu Kirro-Luko.

Tajemnicza nieznajoma z miną kogoś, kto właśnie zobaczył wariata, odsunęła się od Kiary o dobre kilka kroków, jakby miała się zarazić.
— Em... Skoro taki tytuł podoba ci się bardziej... A teraz wybacz, że cię opuszczam, mała złota lwico, ale mam kilka steków do upolowania!
Kiara już miała zwrócić uwagę na to, że obcym nie wolno polować na Lwiej Ziemi, jednak w porę się opamiętała, gdy uświadomiła sobie swoją nieporęczną sytuację — Kion wraz z Rykiem Przodków przebywał na granicy, stado poszło polować na wschodnie pastwiska, a ojciec wyruszył w głąb Wielkiej Puszczy już dobre kilka godzin wcześniej. W dodatku jakoś nie podejrzewała, aby Timon i Pumba okazali się dobrymi obrońcami przed...
W tym momencie Kiara zupełnie straciła pojęcie, z kim miała do czynienia. W dodatku ten Ktoś zaczął gwizdać w przypływie dobrego humoru, co wprawiło ją tylko w zakłopotanie.
— Hej, młoda, co ty taka smutna? — przerwała jej myśli nieznajoma, nagle się odwróciwszy. — Mamy przecież taki piękny, piękny dzionek! No i jesteś wolną księżniczką pięknych ziem, gdzie tu powody do smutku?
Księżniczka spuściła głowę jak dziecko, które dopuściło się karygodnego czynu. Po chwili zastanowienia, kiedy stwierdziła, że i tak nie ma nic do stracenia, wypaliła:
— Żartujesz sobie? Bycie księżniczką to jakiś koszmar!
Tajemnicza lwica przestała gwizdać i przechyliła głowę z zainteresowaniem.
— Ach tak?... A to dlaczego?
— Cały czas trzeba walczyć, żeby spełnić jakieś niemądre oczekiwania — zwierzyła się ku własnemu zaskoczeniu. Mamy, taty, wszystkich! A ja, jakkolwiek bym się starała lub nie, nie jestem na tyle dobra, by rodzice potraktowali mnie poważnie. By królestwo potraktowało mnie poważnie. Chcę być dobrą księżniczką, ale...
— Ale chcesz także być sobą — dokończyła Luka, po czym powoli podeszła do towarzyszki i uśmiechnęła się przyjaźnie. Poklepała łapką kawałek ziemi obok siebie, zachęcając nastoletnią lwicę, by położyła się obok niej wygodnie i porozmawiała. Kiara z rezygnacją rzuciła się brzuchem na trawę.



— Nie znam się na tych wszystkich tutejszych królewskich sprawach, ale posłuchaj: na pewno nie możesz być dobrą władczynią, nie będąc jednocześnie sobą.
Kiara spojrzała na nią pytająco, lecz w jej zrezygnowanej postawie trzasnęła iskierka niemej nadziei.
— Jak to możliwe?
— Wsłuchaj się — lwica uniosła głowę, gdy wiatr wstrząsnął jej czarną czupryną, wprawiając liście w delikatne drżenie. W oddali dało się usłyszeć wesołe pluskanie strumyka o chłodne gładkie kamienie, a trawa zaszumiała ze spokojną gracją. — Słyszysz? To szepty wolności: jedne z najpiękniejszych odgłosów. Baobaby nie muszą udawać skał, by być silnymi, a kwiaty nieba, by zachwycać błękitnymi kielichami. Każdy z nas jest wyjątkowy na swój sposób. Nie bądź taka, jaką każą ci być. Wiesz, co to wolność?
— Chyba tak... — księżniczka zmarszczyła brwi, zastanawiając się gorączkowo — Ale nie jestem tak do końca pewna. W takim razie co powinnam zrobić?
— Uciec.
Odpowiedź padła tak szybko i pewnie, że niemal zbiła Kiarę z nóg niczym szarżujący byk. Chciała zapytać, czy to nie pomyłka, ale z wyrazu twarzy towarzyszki odczytać można było absolutną stuprocentową pewność popartą dziarskim spojrzeniem. No tak, a jakiej innej odpowiedzi mogłam się spodziewać po Kirrze?
— Jak to: "uciec"?
— Na kilka dni. — Lwica wzruszyła ramionami — Wiesz, kim chcesz być, ale nie wiesz, kim jesteś. Musisz spędzić trochę czasu całkiem sama: sama ze sobą. Będziesz wtedy wolna. Bez ograniczeń. Nie będzie nikogo, aby ci powiedzieć, co robić, ale też nikogo, by ci pomóc. Wolność pomogła mi w najcięższych chwilach — tu nachyliła się do rozmówczyni tak, aby ich pyszczki znalazły się w równej linii. — Ale pamiętaj: kochająca rodzina to skarb, który nie trafia się każdemu... Nie znikaj na długo i zanim odejdziesz, daj im do zrozumienia, jak bardzo ci na nich zależy.
— Będę miała przerąbane. — Kiara wyszczerzyła ząbki w szerokim uśmiechu. — Ale podoba mi się to!
— Ano będziesz miała — roześmiała się Luka. — Nikt nie obiecał, że dorastanie jest proste. Jesteś już na tyle dojrzała, by to zrozumieć.
Księżniczka skoczyła na równe nogi, czując w sobie nowe złoża energii.
— Naprawdę tak uważasz? No wiesz... że jestem dojrzała? Że dam sobie radę? Wierzysz w to?
— Słowo jakiejś dziwnej, starożytnej legendy! — Nieznajoma uniosła łapkę w geście potwierdzenia szczerości swych słów. — No, a teraz zmykaj biegać dalej, mały huncwocie. W końcu to tak fantastyczne uczucie!
— Dziękuję! — zawołała rozradowana księżniczka, robiąc w tył zwrot oraz wykonując kilka szybkich (wręcz tanecznych) susów, lecz w tym momencie zatrzymała się i spojrzała za siebie.
— Hej, Kirro?
Luka odwróciła głowę.
— Powiedz mi tylko, bo wszędzie mówią co innego:... jesteś boginią, czy demonem?
Luka puściła jej oczko, po czym odparła.
— I tym i tym.


***

Nie-wierzę-że-to-robię, nie-wierzę-że-to-robię, nie-wierzę-że-to...
A, kurka wodna, zrobię to! — postanowił Nuka w myślach, gdy powoli zakradał się w stronę Lwiej Skały. Odkąd tylko rozdzielił się z Luką w celu upolowania większej ilości zebr, jego rozsądna część alarmowała gorączkowo, że to najprawdopodobniej jedna z najgłupszych rzeczy (...a przynajmniej pierwsza piątka), na którą kiedykolwiek wpadł. Nie powinieneś się odłączać, nie powinieneś wchodzić sobie na Lwią Ziemię ot tak i, na duchy przodków, zwiewaj stąd póki jeszcze żyjesz!
Na szczęście, on nie przywykł do słuchania swojej rozsądnej części.
W miarę, jak się zbliżał, wzrastała także Lwia Skała, a kiedy znalazł się już tak blisko, że musiał zadzierać wysoko głowę, aby dostrzec jej czubek, dawne wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą.


— Hej, podaj, mały! — wykrzyknęła hiena, gdy tocząca się czaszka zatrzymała się u łapek małego, szarego lewka.
Natharisowi nie trzeba było dwa razy tego powtarzać. Chcąc popisać się widowiskowym wykopem, zrobił kilka kroków w tył, po czym z rozpędu rzucił się na czaszkę. Niestety, zamachnął się łapkami o ułamek sekundy za wcześnie, przez co wykonał już mniej widowiskowe salto w tył i upadł plaskaczem na poszarzałą ziemię. Ed stojący niedaleko wybuchł tak głośnym śmiechem, że przy okazji opluł swoich kompanów.
— No już wstawaj, mały niezdaro — zachichotała Shenzi, nachylając się nad zażenowanym księciem. — Nic ci nie jest?
— Oczywiście, że nie! — obruszył się lewek, podnosząc się z gruntu jak na sprężynach. — I nie jestem niezdarą!  — dodał z przejęciem, patrząc wyzywająco na hieny.
— No pewnie, że nie jesteś! Któż by w to wątpił! — zawołał Banzai teatralnie, gdy już dobiegł do swojej czaszki-piłki. — Ale podłoga chyba twierdzi co innego!... Ej, gdzie się podział ten futrzak?...ZŁAŹ MI STAMTĄD NATYCHMIAST, TY PRZEKLĘTY POKURCZU! — wykrzyknął z całych sił, kiedy tylko uświadomił sobie, że ów mały "futrzak" właśnie zniknął mu sprzed nosa i teraz zawzięcie przebierał łapkami w wspinaczce na Lwią Skałę.
— Ani mi się śni! — odkrzyknął Nath, z każdym momentem wchodząc coraz to wyżej. — Jeszcze się przekonacie, ile jestem wart. Wszyscy się przekonają!
— On zaraz stamtąd spadnie na zbity pysk! — zawołała Shenzi, chwytając się za głowę na widok lewka balansującego na samym szczycie. — Weźcie coś zróbcie!
— Coś zróbcie? Co ja mam zrobić, wyhodować sobie skrzydła?
Jednakże książę już przestał zwracać jakąkolwiek uwagę na wrzaski dobiegające z dołu. Wziął najwięcej powietrza, ile tylko dał radę wciągnąć w malutkie płucka, i...
Zaryczał.
Kompletnie nie spodziewał się, że zamiast głośnego, zatrważającego głosu usłyszy... najzwyklejsze "miau". Pamiętał, że kiedy Skaza wychodził na szczyt w celu wezwania najważniejszych członków Złotego Stada lub watahy hien, po Lwiej Ziemi przetaczał się ryk tak potężny, że zdawał się grzmieć w najgłębszych zakamarkach królestwa jeszcze długo, długo po tym, jak król powrócił do jaskini.
Za to swojego Nath nie usłyszał w ogóle.
Lwiątko, zagryzając wargi ze wstydu, cofnęło się, jednakże w tym momencie uderzyło czołem w czyjeś łapy. Shenzi pochwyciła go za kark i przeniosła tak, aby nie groził mu już żaden upadek.
— NIGDY więcej tego nie rób! Albo ojciec przetrzepie ci skórę tak, że się nie pozbierasz! — wycedziła przez zaciśnięte zębiska.
Książę pociągnął nosem.
— J-ja... ja tylko chciałem wam pokazać, ż-że...
— Ej, nie krzycz może po im, co? Już już, wystarczy. — Banzai poklepał lwiątko pokrzepiająco po plecach. — Jesteś spoko, mały. Jak my! — Ed tuż obok wystawił język i pokiwał głową energicznie na dowód zgody. — Kiedyś pewnie zaryczysz na tej skale jako król. I to wiesz, tak porządnie. A teraz co powiecie, żebym skopał wam tyłek w Trupiej Piłce?
— Hoho! Zobaczymy, kto tu będzie komu kopał tyłki — odgryzła się Shenzi. — Zakład, że z młodym rozwalimy was w drobny mak! Co nie, młody?
— Tak! — zawołał Nath uradowany, natychmiast zapominając o wszystkich przykrościach.
Lecz tamtego dnia w jego głowie zrodziło się postanowienie, które przyrzekł sobie wypełnić, gdy tylko stanie się równie dorosłym lwem, co ojciec.
Kiedyś zaryczy znów.


— Nuka! Tu jesteś! — w nurtu niechcianych wspomnień wyrwał go głos Luki, która zatrzymała się z donośnym szurnięciem tuż obok. — Nuka, najwyższy czas się stąd zmywać. Ich stado powinno już wracać i lada chwila może się tu ktoś pojawić... Och... Ojejciu!
Tylko te słowa przyszły jej do głowy, kiedy w jednej chwili uświadomiła sobie ogrom majestatu Lwiej Skały wyrastającej tuż przed nią niczym najprawdziwsza góra. Mistyczny kamienny tron zdawał się emanować niewytłumaczalnym, królewskim dostojeństwem trwającym na Lwiej Ziemi od zarania dziejów, długo zanim łapa pierwszego lwa pojawiła się na świecie.
— Piękna, prawda? — wyszeptał Nuka, zbliżywszy się do Luki oniemiałej z wrażenia. — Zanim pojawił się Kovu, to miało być moje... Wyobrażasz to sobie? — syknął z niezdrowym, czerwonym błyskiem w oczach. — I wiesz ty co? Mam ochotę zrobić coś szalonego. I kompletnie niemądrego.
— Ojej, lubię szalone i niemądre rzeczy!... A co takiego? — zainteresowała się Luka.
— To co powiesz, żeby wskoczyć tam i zaryczeć?
— To chyba nie jest dobry pomysł — stwierdziła po chwili zastanowienia. — Czym bardziej poznaję tę waszą politykę, tym bardziej  przeczuwam, że to niemożliwe. Przecież ktoś cię zoba... Hej no! Wracaj mi tu!
W tym momencie, zanim lwica zdołała go powstrzymać, Nuka wystartował jak z procy i w jednym okamgnieniu znalazł się na kamiennym zboczu. Luka rzuciła się za nim, lecz za późno. W ostatniej chwili zatrzymała się z wślizgiem, tuż nad przepaścią, gdy głośny lwi ryk zagrzmiał jej w uszach, niemal pozbawiając tchu. Wydawało się jej, że trwa to w nieskończoność — i wtedy wizja znów powróciła. Była małym lwiątkiem, a kolosalna sylwetka jej ojca przesycona nienawiścią kazała jej…
Wiatr uderzył z potrójną siłą, świszcząc w uszach tak głośno, że ledwie usłyszała słowa Nuki:
— Teraz twoja kolej! — Nie wyglądał już tak, jak jeszcze kilka chwil temu: jakby owa złudna chwila potęgi nasyciła go nową, niemal szaleńczą energią. Lew wyobraził sobie, jak na dole znajduje się cała armia hien donośnie skandująca jego imię — czekająca na polecenia swojego władcy. Na samą myśl poczuł dziwne uniesienie, chciało mu się śmiać, krzyczeć, rozkazywać...
I splamić honor krwią każdego, kto śmiałby mu to odebrać.
— Nie! — zawołała Luka, zakrywając łapkami uszy — Nie ma mowy.
— Zarycz, a obiecuję, że natychmiast się wyniesiemy. — Wtem ogarnęło go takie rozradowanie, że o mały włos nie roześmiał się wysokim, szaleńczym rechotem. Czuł się jak prawdziwy król; nawet nie jak Lwiej Ziemi, ale władca całego świata. Łakomym wzrokiem ogarniał całe cudowne widoki rozpościerające się tuż przed nim.
— Powiedziałam nie! — Luka starała się przekrzyczeć rosnący wiatr, a echo jej głosu odbijało się od niezmierzonych przestrzeni. Wyrzutek spojrzał na nią wyzywająco.
— A to niby dlaczego, Luko Augzoyowo?
— Ja... ja... Ja nie potrafię ryczeć!
Wówczas dokuczliwy wiatr ustał, a całe królestwo zdawało się pogrążyć w niezręcznej, pełnej napięcia ciszy, gdy była księżniczka Królestwa Siedmiu Władców cofnęła się o kilka kroków w cień. Nadal je czuła — zniesmaczone spojrzenia wszystkich członków Białego Stada wbite w nią z zawziętością. Z rezygnacją osunęła się po zimnej, skalnej ścianie, jednak w porę złapała ją para szarobrązowych łap.
— N-nie potrafię — chlipnęła cichutko, po czym ze wstydu schowała pyszczek w jego wystrzępioną, czarną grzywę.
— Ja... Wybacz — odrzekł Nuka cicho, wnet się opamiętawszy. — Nie wiedziałem... Ale wiesz co? — Zaskakująco łagodnie ujął jej jasnokremowy podbródek i kazał spojrzeć sobie w oczy. — Co powiesz na to, żebym jutro z samego rana cię nauczył?
Wielkie oczy Luki zalśniły w promieniach zachodzącego słońca.
— Naprawdę?
Nuka zmrużył powieki i uśmiechnął się przyjaźnie. Lwica zawahała się przez moment, po czym rozłożyła łapki tak, jakby chciała go przytulić. Jednak najwyraźniej w ostatniej chwili się rozmyśliła, bowiem uderzyła go tylko w ramię po przyjacielsku szczerząc małe, drobne ząbki.
Para lwów zbiegła po Lwiej Skale i pobiegła z powrotem w stronę Złej Ziemi.

***

Po grocie potoczył się donośny, burkliwy dźwięk.
— Och, zamknij się — mruknęła Uhaini do burczącego brzucha, po raz kolejny wbijając kły w oblizaną do sucha kość. W tej samej chwili zaschnięte liany kryjące jedne z wielu przejść do kolca termitów odsunęły się, wpuszczając do środka odrobinę promieni księżyca, a stanął w nich Nuka z podejrzanie dziarską miną.
— Co takie bez życia? — rzucił w stronę ponurych, leżących lwic. Żadna nie miała ani siły, ani ochoty mu odpowiadać — już i tak dostatecznie wyczerpał je fakt, że kolejne polowanie okazało się kompletnym fiaskiem.
Uhaini objęła mocniej swój drogocenny łup.
— Spadaj, teraz jest moja — warknęła w stronę lwa.
Nuka uśmiechnął się szyderczo, jakby właśnie na to czekał od samego początku.
— Oooch, doprawdy? Cóż za rozczarowanie! A ja już miałem nadzieję, że ktoś pomoże mi z tą wielką, tłuściutką zebrą!
Vitani uniosła głowę znudzona
— Nie czaruj głupot, braciszku, przecież tu nie ma żadnej...
Młoda lwica zachłysnęła się w połowie słowa, kiedy jej brat w trymiga zniknął na zasłoną i zaraz pojawił się znów, taszcząc w pysku... najprawdziwszy obiad!
Na widok zdobyczy szczęka Uhaini tak opadła, że trzymana dotąd w zębach kosteczka upadła i potoczyła się z klekotem po ziemi. Głodujące już od wielu tygodni lwice poderwały się z posłań jak poparzone i rzuciły na świeże mięso z impetem szarżującego niedźwiedzia. Zapewne gdyby Nuka nie odsunął się w porę, leżałby teraz rozdeptany na ziemi.
— Ale... Ale JAK? — wybełkotała Uhaini z pełnymi ustami.
Lew jedynie wzruszył ramionami i spojrzał znacząco w stronę gwiazd, których nieśmiało migoczące światło wdzierało się przez maleńkie otwory w rdzawej skale.
— No cóż... Powiedzmy, że miałem dzisiaj lwioziemskie szczęście.


KONIEC



Poprzedni rozdział: Wyprawa na Lwią Ziemię: Rozdział II
Kolejny odcinek: Z głębi Duszy: Rozdział I [dostępny wkrótce]


Witam serdecznie wszystkich Towarzyszy Czytelników c: Ze smutkiem zauważyłam, że ten odcinek ciągnął się już i ciągnął od marca. Do czasu rocznicy bloga planowałam mieć opublikowane co najmniej z 15 odcinków, a tu nadal stoję na czwartym :o Za to dobre wieści są takie, że piąty jest już niemal w całości skończony (zostały mi tylko małe poprawki), a w odcinku szóstym... dla osób wyczekujących nowości z Królestwa Siedmiu Władców mam przygotowaną niespodziankę c: Także kolejny odcinek wyjdzie bardzo szybko, ponadto również i rozdziały Historii Ramsaya powinny pojawić się do końca w niedługim czasie (zostało mi tylko sześć rozdziałów... *przeciera łezkę babciną chustką*).
Mamy również nowy nagłówek :3 Tamten jak dla mnie miał nieco kiepsko dobrane kolory w stosunku do szablonu, chciałam też stworzyć coś bardziej pasującego do sezonu pierwszego. Ci panowie na górze odegrają wkrótce niezwykle ważne role! :D
A teraz pytania do rozdziału c:
1. Czy Luka postąpiła słusznie, polecając Kiarze ucieczkę z Lwiej Ziemi?
2. O czym mógł mówić Rafiki, gdy wspominał o ciężkich czasach?
3. Jak sądzicie, czy zalążek Ramsayowego szaleństwa, który obudził się w Nuce na szczycie Lwiej Skały, kiedyś powróci?
4. Czy lwioziemcy wkrótce dowiedzą się o nielegalnej Wyprawie na Lwią Ziemię?
Pozdrawiam Was wszystkich, kochani towarzysze, i życzę Wam jak najlepszego dnia!